wtorek, 7 czerwca 2011

Maluch.

W niedzielne popołudnie szykowałem się do wyjścia na mszę, ściągałem właśnie z suszarki na dworze wyprane spodnie i koszulę kiedy usłyszałem cichy pisk. Instynktownie pomyślałem o ptasim gnieździe, podnosząc w górę głowę i rozglądając się dookoła. Pisk nadal było słychać, gniazda jednak żadnego nie dostrzegłem... W końcu idąc za głosem, tj. piskiem kucnąłem, pochyliłem się i... dostrzegłem "malucha" w okratowanej wnęce piwnicznego okienka. Pisklak - nie wiem jakiego gatunku, bo nie znam się na ptakach, próbował wydostać się z "pułapki", "wrzeszcząc" przy tym niemiłosiernie. Wyciągnąłem go przy pomocy grabi i reklamówki tak , żeby nie dotknąć go bezpośrednio ręką (tak się podobno robi, żeby dorosła mama ptak nie wyczuła ludzkiego zapachu i tym samym nie odrzuciła pisklaka). Za cholerę nie wiedziałem co robić - gniazda nigdzie nie widziałem, żaden dorosły ptak nie "nawoływał", nie krążył wokół... wziąłem go ostatecznie i wsadziłem do pudełka wymoszczonego papierowym ręcznikiem. Poszukałem w necie informacji dotyczących tego, co powinno się zrobić z czymś takim małym, ledwo opierzonym. Poszedłem ugotować jajko na twardo - w końcu każdy, ptak czy człowiek - musi jeść. Mały tymczasem siedział sobie w pudełku na balkonie, przynajmniej tak myślałem... Kiedy wróciłem z rozgniecionym i zmieszanym ze sobą żółtkiem z białkiem zobaczyłem że pisklę zwiało... Spojrzałem w dół, za barierkę balkonu - ptaszyna zapierniczała na swoich bardzo - jak na swój wiek, chyba, wyrośniętych nóżkach prosto w krzaki bzu. Zbiegłem na ogródek i dawaj łapać go !Trochę się wyrywał, nieświadom chyba faktu, że wokół kręcą się kociska... Kiedy siedział już sobie z powrotem bezpieczny w wygodnym ( tak myślę) pudełku zaczął otwierać szeroko dziobek.Domyśliłem się, że jest głodny. Podałem mu za pomocą wykałaczki przygotowane jajko, połykał łapczywie kolejne porcje aż w końcu chyba się najadł, bo zamknął oczy... i dziobek też. Wcześniej przeczytałem, że po karmieniu takiego pisklaka trzeba go koniecznie nawodnić, nawet na siłę - "przemoc" nie była konieczna, maluch jak tylko poczuł kroplę wody na swoim dziobku, zaczął łapczywie ją spijać. Pomyślałem , że teraz będzie spał, jak każde małe niezależnie od gatunku - wyszedłem zatem z balkonu cichaczem na paluszkach :). Oczywiście kiedy wróciłem za kilka minut popatrzeć jak śni o niebieskich migdałach... jego już nie było. Wychyliłem się za barierkę, malca nie było na trawie. Wybiegłem ponownie na ogródek, nauczony już, że mały lubi bawić się w chowanego, na czworakach sprawdzałem każdy krzak,jałowiec, rododendron... pod jednym z nich natknąłem się na wpatrzone we mnie małe, czarne oczy. "Nie ma zmiłuj się", wrócił ze mną z powrotem. Tym razem wsadziłem go do większego pudełka.

Zbliżał się wieczór, na dworze zapadał zmrok. Mały nie chciał już jeść, wtulił dziobek w piórka na skrzydłach i zasnął. Rano punkt czwarta obudził mnie jego donośny "krzyk" - "oho, ktoś jest głodny" pomyślałem zaspany. Nie było rady - zwlekłem się z łóżka idąc po rozdrobnione jajko, które poprzedniego dnia wsadziłem do lodówki.Najedzony maluch ani myślał z powrotem zapaść w sen, naszło go na popisy wokalne. Mnie oczywiście ochota na sen też przeszła, co później o mało co nie poskutkowało zaśnięciem w pracy.

Kiedy wróciłem po południu do domu, małego w pudełku oczywiście znowu nie było... nie wiem jakim cudem przeskoczył wysokie ścianki. Pomyślałem, że zapewne nie miał aż tyle szczęścia i skończył w brzuchu jakiegoś kocura. Mimo wszystko poszedłem przyjrzeć się otoczeniu w nadziei, że mimo wszystko znowu natknę się na małe, czarne guziczki intensywnie wpatrujące się we mnie. Oczu nie dostrzegłem, za to usłyszałem jego skrzeczenie. Maluch... siedział sobie w piwnicznej wnęce okiennej, jak gdyby nic, wpatrując się we mnie bezczelnie tymi swoimi ślepkami... "Ożesz ty", pomyślałem, "tym razem mam cie w nosie, jak znów tam wlazłeś, to sobie radź sam". Kiedy cofnąłem się kilka kroków, usłyszałem skrzeczenie, tym razem całkiem inne, mały - jakby w odpowiedzi na nie, "dał głos". Po chwili na metalowej kratownicy okienka usiadł szpak, albo kos ( nie wiem, nie znam się) z tłustym robalem w dziobie, popatrzył w dół przekrzywiając łebek i... wleciał do środka. Uśmiechnąłem się, wiedziałem że karmieniem małego od dzisiaj zajmie się kto inny...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz